Pages

Friday, 31 October 2014






Nie wiem, czy ktoś pozazdrościł mi wakacji i rzucił urok, czy to przystosowanie się do smogu, ale zaraz po powrocie z urlopu porządnie się rozchorowałam (a chorowanie w wyniku rzuconego uroku jest zdecydowanie bardziej romantyczne niż bakterie i wirusy) . Oczywiście, bardzo bym chciała, żeby cały świat rozczulał się nade mną i współczuł, ale generalnie świat ma moje życzenia w głębokim poważaniu, wiec zebrałam się i odwiedziłam lekarza.

Tytuł jest przekłamany, bo mój lekarz rodzinny jest Filipińczykiem. Na bezrybiu i rak ryba. Chinkami są za to wszystkie pielęgniarki w różowych kubraczkach jakby ze szpitala dla Barbie.


Jedyna różnica to odcień różu - "moje" pielęgniarki są neonowe. (źródło)


Ogólnie rzecz biorąc, w Szanghaju do przychodni można udać się na dwa sposoby:

1. Pójść do lokalnego szpitala, co jest tanie, ale człowiek jest zdany sam na siebie

2. Pójść do szpitala dla białasów, zapłacić jak za zboże, ale mając wsparcie personelu.

Jestem w tej komfortowej sytuacji, ze z umowa o prace dostałam ubezpieczenie zdrowotne pokrywające wizyty w przychodni z punktu 2. Chociaż z relacji znajomych wynika, ze w lokalnych szpitalach tez nie jest źle, Szanghaj trzyma poziom. Choć łączy się to z koniecznością załatwiania większej ilości papierologii niż opcja, którą praktykuje. W lokalnym szpitalu wygląda to tak, ze po otrzymaniu numerka czeka się w kolejce do doktora A, który po wstępnych oględzinach kieruje pacjenta do lekarza B. Żeby dostać się do lekarza B, trzeba wziąć kolejny numerek i odczekać swoje. Lekarz B zleca badania. Żeby dostać się na badania, należy pobrać kolejny numerek... Widzicie, dokąd to zmierza? A tak całkiem od siebie dodam jeszcze, ze dla mnie największym plusem ekspackich klinik jest personel mówiący płynnie po angielsku. Nie mam na tyle językowej pewności siebie, żeby próbować dogadać się po chińsku z lekarzem, kiedy mam 40 stopni gorączki. Sam szpital wygląda trochę jak hotel, z fontanna na placu, spiralnymi schodami i marmurem na podłodze.

Z mojego doświadczenia - lekarze tutaj lubią przepisać antybiotyk właściwie na wszystko. I jak w przypadku oczywistych infekcji bakteryjnych mnie to nie dziwi, tak przy problemach żołądkowych, bez zlecenia jakichkolwiek badan - odrobinę mnie zmartwiło. Nie uważam, ze antybiotyki to zło, ale wizja zmutowanych i odpornych chorób lekko mnie przeraza.

A co jeśli zdarzy się nieszczęśliwy przypadek i będziemy nagle potrzebować lekarza? Cóż, w Szanghaju może to znaczyć, że najlepiej przygotować się na spotkanie z Najwyższym. Nie widziałam jeszcze na ulicy ambulansu  należącego do publicznej służby zdrowia (za to mamy złote taksówki!), są one zwykle własnością prywatnych klinik. W każdym razie - nie będąc Chińczykiem, należy mieć w kieszeni (portfelu, gdziekolwiek) kartę szpitalna, żeby było wiadomo do gdzie należy delikwenta odwieźć. Później trzeba przeżyć transport - a w godzinach szczytu może być to wyzwaniem, zwłaszcza, ze PODOBNO chińskie ambulanse są średnio wyposażone. Czyli ryzyk - fizyk, c'est la vie. Oczywiście, są szpitale posiadające samoloty i fajerwerki, ale mam nadzieje, że nie będzie mi dane ich wypróbować.

Bo najlepiej to zdrowym być, czego sobie i szanownym państwu życzę.



źródło obrazka tytułowego: www.apavh.org


Wednesday, 22 October 2014


Od ponad tygodnia jestem znów w Szanghaju. W tym czas zdążyłam dorobić się zapalenia zatok oraz problemow żołądkowych i w rezultacie podwójnej kuracji antybiotykowej. Chciałabym popisać trochę  o wakacjach, o konferencji i o nurkowaniu, ale od nie jestem w stanie. Wkurzam się też, bo teraz Szanghaj jest naprawdę ładny, pogoda dopisuje i ogólnie jest przyjemnie. Niestety, nie jest mi dane się tym nacieszyć, gdyż jestem na to zbyt chora. Natomiast najwyraźniej nie jestem zbyt chora na pracę - pozdrawiam zza biurka przy moich pierwszych nadgodzinach po wakacjach. 







Sunday, 28 September 2014



Tym razem nie na wakacje, a na konferencję. Jutro rano jadę na Światowy Festiwal Architektury zaprezentować projekt i słuchać prelekcji tęgich umysłów. Nie zapowiadam przerwy we wpisach, jako że tak czy siak udzielam się na blogu dość oszczędnie. Prosto z Singapuru wylatuję na wakacje.

Jak w Singapurze spodziewam się świetnego łącza internetowego, tak w moim konkretnym wakacyjnym miejscu elektryczność jest włączana tylko na kilka godzin dziennie, więc nie mam specjalnie wygórowanych oczekiwań co do bycia online. Nie zabieram ze sobą laptopa, za to planuję sporo wrzut na Instagram.

Z takiej perspektywy nawet niedziela w pracy nie jest taka straszna.


Zdjęcie pochodzi z www.tripadvisor.co.uk

Tuesday, 23 September 2014



Czyli Kalbarri i Monkey Mia.

Po indonezyjskim leniuchowaniu i nurkowaniu polecieliśmy do Perth. Przespałam praktycznie cały lot, załoga obudziła mnie dopiero tuż przed lądowaniem i wtedy zobaczyłam z okna samolotu czerwoną ziemię, rzadką roślinność i ocean.

Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak niebo. Intensywnie niebieskie, bez jednej chmurki. W Szanghaju bezchmurnie niebo spotyka się niezmiernie rzadko, więc tym bardziej to australijskie było dla mnie szokiem.

W Perth zatrzymaliśmy się w zaprzyjaźnionym miejscu na południu miasta. O samym Perth na pewno jeszcze napiszę, ale nie w tym wpisie. Po kilku dniach wypełnionych powitalnymi imprezami, poznawaniem mnóstwa ludzi i chodzeniem na plażę Cottesloe, wybraliśmy się na północ.


Planując naszą północną wyprawę palcem po mapie, nie przyszło mi do głowy o jakiej skali mówimy. To, co wyglądało na maksymalnie sto kilometrów okazywało się czterystoma. Dlatego też ze względu na ograniczony czas, nie dojechaliśmy do Coral Bay, jak sobie po cichu marzyłam.

Pierwszym przystankiem w wyprawie na północ była Pinnacles Desert. Nazwa jest adekwatna do krajobrazu, wszystko jest jałowe, wyschnięte, no pustynia jak się patrzy.


Pinnacles Desert to częsty obiekt żartów wśród mieszkańców Perth - Najbardziej interesujące miejsce w drodze na północ, dobre 200 kilometrów od miasta. No i jeszcze wydmy w Lancelin, po których można jeździć samochodem z napędem na 4 kola. Samochód 4X4 to naprawdę rozsądna inwestycja w kraju, gdzie 80% dróg jest nieutwardzonych. W niektóre miejsca nie wjedziemy innym samochodem.


Wieczorem dojechaliśmy do Kalbarri (Wikipedia podaje, ze stamtąd pochodził jeden z bohaterów serialu "Prison Break"), małego miasteczka nad ujściem rzeki Murchison. Jeden sklep, dwie knajpy, kilka hoteli i kempingów, a dookoła park narodowy Kalbarri.


Następnego dnia wybraliśmy się zobaczyć wąwóz rzeki Murchison - niestety zaspaliśmy i dotarliśmy na miejsce około 12, czyli w porze najostrzejszego słońca. Na parkingu temperatura dochodziła do 42 stopni, w wąwozie było jeszcze gorzej, zwłaszcza, że kompletnie nie wiało. Gorąco w Szanghaju jest wilgotne i duszące, w tym australijskim nawet nie ma szans się spocić, każda wilgoć natychmiast paruje. Po raz kolejny przekonałam się, że mój komfort termiczny znika, kiedy temperatura przekracza 28 stopni Celsjusza. Wgłąb Australii tylko zimą.





I tak było pięknie. Jednak mój klimat to wybrzeże, wiatr i woda. Na szczęście tego w Kalbarri jest również pod dostatkiem.



Nazajutrz ruszyliśmy dalej na północ w kierunku Shark Bay. Po drodze zatrzymaliśmy się w Hamelin Pool, żeby zobaczyć (miłośnicy biolo- i geologii: wstrzymajcie oddech) stromatolity. Stromatolity to formacje skalne powstałe na skutek życia bakterii - najstarsze z nich pochodzą sprzed 3,5 miliarda lat temu.


Kolejnym krótkim przystankiem była Shell Beach, czyli plaża muszelek. Ze względu na unikalne warunki jeden z gatunkow małży upodobał sobie ten konkretny odcinek wybrzeża (ok. 110 km długości). Małże dostosowały się do warunków, natomiast ich naturalni wrogowie nie dali sobie z tym rady. Skutki sa takie, że teraz na plaży nie uświadczysz ani ziarenka piasku. Muszle sięgają na taką głębokość, ze potraktowano je jako surowiec kopalny i do niedawna były one wykorzystywane przemysłowo jako składnik cementu. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać budynki z muszlami wystającymi z murów.



Po drodze zatrzymaliśmy się też przy zatoczce oddalonej trochę od głównej drogi. Nie spodziewałam się, że znajdziemy miejsce, gdzie można oglądać rekiny z platformy widokowej. Niestety, ciągle robię zdjęcia kitowym obiektywem, więc rekinów na zdjęciu brak.


Pod koniec dnia z mnóstwem przerw, dotarliśmy wreszcie do celu naszej podroży - Monkey Mia. W Monkey Mia nie ma nic - jedynie pole namiotowe, schronisko i hotelowe domki. Wbrew pozorom, nie ma tam tez małp. Za to już na parkingu witają nas emu.



Monkey Mia jest popularnym urlopowym miejscem w Australii Zachodniej ze względu na delfiny przypływające na plażę oraz płaszczki, rekiny i krowy morskie  w zatoce.  Jeszcze 20 lat temu można było pływać z delfinami na plaży bez nadzoru rangersow, ale dokarmianie ich zaburzało łowieckie instynkty stada - starszyzna przestała uczyc młode jak samemu zdobywać ryby i ta konkretna populacja delfinow uzależniła się od czlowieka. Teraz pracownicy parku narodowego nadzorują poranne karmienia, a delfiny dostają zaledwie kilka procent dziennego zapotrzebowania na ryby od ludzi.






Płaszczki i rekiny też podpływają blisko, ale raczej wtedy, kiedy nikogo nie ma  w wodzie. Więcej rekinów oraz krowy morskie można zobaczyć wybierając się w rejs katamaranem po zatoce.


Na plaży natomiast grasowały pelikany. Są naprawdę straszne - to wielkie ptaki, a kiedy zbliżają się do Ciebie  z rozpostartymi skrzydłami... Oczywiście nie mam takiego zdjęcia, bo ufając swoim instynktom wzięłam wtedy nogi za pas.


Przyjazny pelikan będzie podchodził spokojnie, z zamkniętym dziobem i złożonymi skrzydlami.


Bądź zapozuje boczkiem, odpoczywając w cieniu.

 Mam jeszcze mnostwo zdjec z wycieczek po Australii Zachodniej i pewnie będę je tutaj sukcesywnie wrzucać. Tymczasem nadchodzi Singapur, Filipiny, a i w Szanghaju dzieje się sporo. Czasem mam wrażenie, ze jestem jak ten chomik w kołowrotku, który im szybciej biegnie, tym szybciej kołowrotek się obraca. Mam zamiar odpocząć w październikowe wakacje - już niedługo!








Saturday, 13 September 2014



O moich perypetiach w chińskiej siłowni pisałam już wcześniej, natomiast nie zagłębiałam się w szczegóły atmosfery tutejszych fitness klubów.

Wspominałam już, ze zwierzątka (np. spadające z podwieszanego sufitu szczury) to wierzchołek góry lodowej. Właściwą masę góry lodowej stanowią klienci - a tych w dni robocze jest o każdej porze naprawde sporo.

O 7 rano (godzina otwarcia) przy drzwiach tłoczą się starsze panie w piżamach. Zwykle przychodzą w grupkach i okupują bieżnie bądź steppery i rozmawiają, przekrzykując szum maszyn i muzykę.Na szczęście, starsze panie nie pojawiają się w ilościach uniemożliwiających skorzystanie z maszyn - w przeciwieństwie do porannych pakerów. Poranni pakerzy zajmują wszelkie maszyny siłowe na obu piętrach i okupują je przez dłuższy czas. Rozumiem wykonywanie ćwiczeń w x serach po y powtórzeń, ale kiedy pan przesiaduje na urządzeniu i dyskutuje przez dobre parę minut z panem na maszynie obok, to moje wewnętrzne zen ulatuje precz.

Godziny między 8 a 18 to czas studentów i bezrobotnych drugich połówek zamożnych ekspatów. Oraz osób, które tak jak ja pracowały w weekend i odebrały dzień wolny od zakładu pracy w środku tygodnia. Chyba najlepszy czas na ćwiczenia - ludzie jakoś równomiernie zajmują miejsca, nie czuć tłoku. Jedyne osoby, które będą nam dyszeć w kark w tym czasie, to trenerzy personalni próbujący sprzedać swoje usługi. Słuchawki obowiązkowe.

Po 18 siłownię zalewa pracujący lud miasta Szanghaju. Miejsce na jakiejkolwiek maszynie znajdzie się tylko wtedy, jeśli długo i żarliwie modliliśmy się do wysportowanego Buddy. Na zajęcia fitness miedzy 18 a 21 należy zapisywać się z mniej więcej dwudniowym wyprzedzeniem, a sale i tak zawsze wyglądają na przepełnione.

Jeżeli chodzi o przekrój społeczeństwa na siłowniach, to można spotkać każdego od 20 roku życia wzwyż. Nie dotyczy to jedynie klientów - jedna z siłowni na które chodziłam zatrudniała 80-latka jako instruktora do tai chi z mieczem. Chińska siłownia uczy też akceptacji wyborów innych ludzi - np. w kwestii ubioru. Panowie raczej się nie wyróżniają, natomiast panie, poza standardowymi strojami sportowymi, noszą sukienki, bluzy, wszelkie fasony obuwia. Zdarzają się tez osoby chodzące na bieżni boso. Brnąc dalej w demografię -  kierując się rozmiarami szatni, podejrzewam, ze pan klientek jest więcej niż panów.

Szatnia to w ogóle osobny temat.. Chinki nie mają kompletnie poczucia wstydu spowodowanego nagością, kiedy są wśród innych kobiet, znajomych bądź nie. Normą jest chodzenie dalszych znajomych na grupowe olejowe masaże; oraz wspólne prysznice. Koleżanka z pracy stwierdziła, że nie wyobraża sobie rozebrania się przed chłopakiem. Przed kumpelkami czy obcymi kobietami - nie ma problemu.

Z tego powodu w szatniach na siłowni babeczki spacerują sobie nago, plotkują z koleżankami, rozmawiają przez telefon i absolutnie nie spieszy im się do zakrywania ciała, bez względu na urodę tegoż. Nie przeszkadza mi to, dopóki nagi, europejski element napływowy nie zaczyna konwersacji ze mną. Nie rozmawiam z ludźmi bez ubrań w miejscu publicznym, jestem obrzydliwie pruderyjną konserwą.

Jednak najbardziej zdziwiły mnie kobiety bez żenady stojące w rozkroku przy lustrach, z suszarkami w dłoniach. Panie zapamiętale suszyły sobie włosy łonowe. Znajomi mężczyźni zrelacjonowali mi, że dokładnie takie same sceny można oglądać w szatniach płci brzydszej.

Niestety, ze względu na przeprowadzkę porzuciłam kolejną siłownię łącznie ze wszystkimi jej atrakcjami. Tymczasem zostało mi bieganie, oraz joga w domu. Bieganie po Szanghaju również dostarcza nietypowych wrażeń, ale o tym może kiedy indziej...


Zdjęcie pochodzi z www.cfyc.com.vn




Sunday, 17 August 2014



Czyli o najpiękniejszej rzeźni w Chinach.

Na północy od centrum Szanghaju znajduje się dzielnica Hongkou. Hongkou jest znane z parku Lu Xuna, tzw. szanghajskiego getta oraz stadionu piłkarskiego. To wszystko jest - owszem - bardzo interesujące (no, może poza stadionem), ale na mnie największe wrażenie zrobiła stara rzeźnia i jej okolice.


We wpisie o minusach Szanghaju pisałam o burzeniu całych osiedli z niską zabudową. Wspomniałam tam tez o Hongkou jako chlubnym wyjątku od reguły. Co więcej, część starych, niewielkich budynków została odrestaurowana, a cała okolica cieszy się zainteresowaniem wszelkich kreatywnych biznesów - jest tu mnóstwo biur projektowych oraz mniejszych i większych agencji artystycznych. Bardzo blisko znajduje się tez Friends Cafe, czyli kopia Central Perk - świetna sprawa dla fanów serialu. Ogólnie regeneracja idzie pełną gębą, a w 2008 roku odrestaurowano także starą rzeźnię.



Rzeźnia podobno została zaprojektowana przez  Brytyjczyków, a wybudowano ją w 1933 roku. Nigdzie nie mogę znaleźć informacji o tym, jak długo pełniła swoją zaplanowaną funkcję, ale jakiś czas później została zaadaptowana na fabrykę, a następnie spokojnie sobie niszczała aż do wspomnianego roku 2008.


Dzisiaj w starej rzeźni znajdują się bary, restauracje, biura oraz klub posiadaczy Ferrari. Mimo to, echa dawnego przeznaczenia budynku są wyjątkowo głośne.



Centralnym punktem obiektu jest wysokie atrium wpuszczające światło słoneczne wgłąb budynku. Siatka ramp i schodów łącząca pietra miała na celu maksymalne ułatwienie poruszania się zwierząt oraz ludzi. Rampy są pokryte chropowatymi, miniaturowymi kocimi łbami. Mozna bardzo łatwo sobie wyobrazić, ze są one tu po to, aby bydło nie ślizgało się na mokrej od krwi posadzce. 


Cały system klatek schodowych przypomina rysunki M.C. Eschera, i najwyraźniej jest idealnym tłem dla chińskich szafiarek (tylko w 1933 i w Xintiandi widziałam tyle sesji na raz).


Pomimo mrocznej przeszłości budynku oraz względnie sporej odległości od centrum, naprawdę lubię tu przychodzić. Lubię beton, lubię spokój Hongkou, lubię ten przedziwny przed-komunistyczny obiekt jakiego nie uświadczysz nigdzie indziej.


Najbardziej chyba lubię tu przychodzić jednak dlatego, ze jest to przykład obiektu naprawdę fajnie odrestaurowanego. Na każdym kroku przypomina nam się, w jakim celu służył pierwotnie budynek, a co najważniejsze - ze nawet najbardziej nieprzyjemne miejsca można zaprojektować pięknie.



(tytułowe zdjęcie pochodzi z http://www.artonfile.com/images/Shanghai-55-6.jpg)

Tuesday, 17 June 2014



Gili Meno to zdecydowanie moje ulubione miejsce z odwiedzonych dotychczas w Indonezji. Maleńka wyspa Pomiędzy Bali a Lombokiem, 500 stałych mieszkańców, niewielu turystów, przyjaźni miejscowi, świetne miejsca do nauki nurkowania - nie potrzebuję niczego więcej.



Na zdjęciu powyżej jedyny środek transportu jaki można spotkać na Gili Meno,poza okazjonalnym rowerem raz czy dwa dziennie


Dróżka wokół wyspy wygląda tak. Całą wysepkę można obejść dookoła w jakieś 2 godzinki. Dla zmęczonych ewentualnie zostaje zostaje opcja: końska taksówka.


Żeby dostać się na Meno, najpierw trzeba zabrać się na łódkę z Bali (1,5 godziny) bądź Lombok (maksymalnie 30 minut). Łódka wyrzuca nas na Gili Trawangan, największej z trzech wysp Gili. Trawangan to imprezowa wyspa - mnóstwo klubów, zero policji. Podobno melanże są nadzwyczaj epickie, ale nie o to w tych wakacjach chodziło.



 To małe płaskie to właśnie Gili Meno widziane z Gili Trawangan. Czekaliśmy przez kilka godzin na lokalną łodkę, która zabrałaby nas w miejscie docelowe. W tle górzyście wyglądający Lombok. Jeśli jeszcze kiedyś będzie mi dane przyjechać do Indonezji, na pewno odpuszczę Jawę czy Bali i polecę prosto na Lombok. Po drugiej stronie wyspy jest mnóstwo interesujących miejsc (np. Komodo z waranami), do których można dopłynąć lokalnym transportem publicznym.


A tu już Trawangan oglądana z Meno. Wyspa zaskoczyła mnie ciszą i spokojem, to zdecydowanie było coś, czego brakowało nam na Bali. Co jeszcze mi się spodobało?


Koty! Najwięcej rudzielców na metr kwadratowy. Wszystkie były czyste i przyjazne mimo, że oficjalnie bezdomne. 


Ten tutaj to istny element wywrotowy - widać, że nie stroni od bójek ani alkoholu. Zawsze przychodził i przymilał się, kiedy jedliśmy w tej konkretnej knajpie.


 Nadbrzeże przy "porcie", a w tle jak zwykle Lombok. Taki widok mieliśmy jedząc śniadanie. Wyspy Gili są położone 8 stopni na południe od równika, więc zawsze jest tam ciepło. Niby pojechaliśmy tam w środku sezonu deszczowego i faktycznie padał deszcz. Raz. Przez godzinę.  Deszcz to jedyne źródło słodkiej wody na wyspie. Woda dla mieszkańców przypływa codziennie rano z Lombok. Bardzo ważne przy rezerwowaniu noclegu - dopytać o słodką wodę. Nie wszystkie hotele mają ją w ofercie, czego doświadczyliśmy na własnej skórze. Do tej pory wzdrygam się na wspomnienie moich włosów.


Na Meno nie ma żadnych dużych budynków, a wszystkie hotele to po prostu bunglaowy przy plaży w przeróżnym standardzie.



Pewnego dnia wybraliśmy się na spacer wgłąb wyspy. Poza turystyką, większość dochodu przynosi wyspie uprawa kokosów oraz rybołówstwo. Stąd gdzie się nie obejrzysz - palmy kokosowe. Z rybołówstwem natomiast wiąże się smutna historia, ale o tym za chwilę.


Drogi były twardsze niż na obrzeżach wyspy, może dlatego, że te konkretne trasy są ważniejsze w życiu Gili Meno i nie powinny rozmiękać? Spacer przez serce wyspy był interesujący, ale miał swoją cenę. Po pierwsze - komary. Mnóstwo komarów. Po drugie - komarozjadacze. Na przykład tacy jak przyjemniaczek na zdjęciu poniżej.


Na zdjęciu nie ma niestety nic co pomogłoby w ustaleniu rozmiaru pająka. Myślałam o podstawieniu tam ręki, ale bałam się, że ją stracę. Próbowałam wyszukać, co to za pająk- dziwak snujący żółtą sieć. Prawdopodobnie jest to okaz z rodziny Nephila, ale więcej nie doczytałam, bo zwyczajnie nie dałam rady. Wszystkie artykuły jakie znalazłam, mają zdjęcia pająków.

To może dla zmiany klimatu zdjęcia małych żółwików morskich?


Żółwiki ratuje pani z Gili Meno. Karmi je dopóki nie osiągną wzrostu, przy którym mają większą szansę na przetrwanie. Co jest zagrożenie dla żółwików? Przede wszystkim ludzie. Zresztą, nie tylko dla żółwi. Popatrz na plażę na zdjęciu poniżej:


Na piasku leży gruba warstwa koralowców. Skąd się tam wzięła? Niestety, na wyspach Gili swego czasu bardzo popularne było rybołówstwo z wykorzystaniem dynamitu. Ponieważ ciężko było łowić ryby, gdy te miały możliwość chowania się w rafie koralowej, miejscowi wpadli na pomysł wysadzenia tejże. Ciężko mi mieć na ten temat zdanie, bo z jednej strony oczywiście to barbarzyństwo i zbrodnia na naturze, ale jakie ja mam prawo moralne oceniać kogoś, kto chciał wyżywić rodzinę takim sposobem, jakim mógł tego dokonać? Oczywiście, teraz używanie dynamitu w rybołówstwie jest zakazane, a rafa powoli odrasta. Turystyka dała tu ludziom szansę na lepsze zarobki,ale jestem pewna, że turyści też nie są obojętni dla środowiska.


Pomimo tego, że rafa nie jest tak piękna jak ta na Filipinach czy w Egipcie (nie byłam, powtarzam za instruktorem nurkowania) Gili Meno toświetne miejsce do nurkowania z butlą czy z maską. Nie trzeba daleko wypływać łódką, wystarczy po prostu wejść do wody i się zanurzyć. Większość naszych nurkowych eskapad jest zarejestrowana na filmikach, ale nie będę się wygłupiać z filmikami tutaj. Co ciekawego można zobaczyć pod wodą w okolicy Gili Meno? Przede wszystkim mnóstwo żółwi, muren, idolków, błazenków i całą masę innych rybek, których nazw nie pamiętam. Widziałam też mantis shrimp, która ma brzydką polską nazwę.

Słowem podsumowania, gorąco polecam Gili Meno parom. Większym grupom bądź samotnym podróżnikom może przypaść do gustu Gili Trawangan - imprezy i nowe znajomości. Najbardziej w Gili podobało mi się to, że masz poczucie bycia gdzieś na końcu świata, a tak naprawdę najbliższe lotnisko jest oddalone o pół godziny motorówką.








 
© 2012. Design by Main-Blogger - Blogger Template and Blogging Stuff